niedziela, 29 czerwca 2014

Rozdział 6.

Kiedy już podeszłam do owych drzwi zobaczyłam, że to on. Chłopak Już Bez Maski Zorro. Wpuściłam go do środka, jednocześnie usiłując wstrzymać rumieniec wypływający na moje policzki.
- Co ty tutaj robisz? - Spytałam go z lekkim przerażeniem, ponieważ niecodziennie o tak późnej godzinie miewa się gości, w dodatku tak specyficznych.
- Przyszedłem Ci wszystko wyjaśnić. - Powiedział jednocześnie usiłując pokonać męczącą go zadyszkę.
- No to zamieniam się w słuch. - odparłam.
Po kilku głębszych oddechach zaczął opowiadać.
- Nie myśl sobie czasem, że ja jestem jakimś pionkiem Garreta. Wiesz, to ten koleś w garniturze, który był wtedy razem z nami w tej ruderze na końcu ulicy. Pamiętasz go?
- No wyobraź sobie, że dość mocno mi zapadł w pamięć. - odrzekłam ironicznie. Była jednak jeszcze jedna rzecz, która mnie intrygowała, więc musiałam zapytać go o nią. - To w takim razie dlaczego tam byłeś razem z nim?
- To taka przykrywka. On myśli, że dla niego pracuję, a ja tym czasem wszystko spisuję w policyjnych aktach. Jestem tajnym agentem policji, a taka podwójna tożsamość pomaga mi w rozwiązywaniu zagadki związanej ze śmiercią Nicki Rose.
- I dlaczego mnie to mówisz? Nie powinieneś przypadkiem zachować tego w tajemnicy? - Z jednej strony schlebiało mi to, że akurat mnie o tym powiedział, ale z drugiej strony obawiałam się, że w ten sposób może narobić sobie kłopotów. Nie jestem jedna z takich osób, które nie potrafią dochować tajemnicy, ale on mnie ledwo zna, a już opowiada mi takie rzeczy. Kiedyś w końcu trafi na mniej uczciwą osobę, która jego tajemnicę obwieści całemu światu.
- Nie wiem czemu, ale po prostu zależy mi na tym, byś nie myślała o mnie źle. Musiałem przyjść ci to powiedzieć.
- Aha i dlatego postanowiłeś wejść do mnie przez balkon? Czy może wejście drzwiami było za mało oryginalne i efektowne?- Spojrzałam na niego z lekką dezaprobatą.
- Obawiam się, że Garret i spółka mogą cię obserwować, dlatego też bezpieczniejszą opcją było wejście tyłem.
Informacja o tym, że mogę być obserwowana przez tego typka przyprawiła mnie o dreszcze i gęsią skórkę.
Chłopak, a w zasadzie jakby nie patrzeć to już dorosły facet, widząc to potarł oba moje ramiona. Kiedy poczułam dotyk jego ciepłych dłoni na mojej chłodnej od pogody na zewnątrz skórze, zorientowałam się, że tak naprawdę to naprzeciwko mnie stoi prawie obcy dla mnie facet i właśnie mnie dotyka. On wiedział o mnie już tak wiele, a ja o nim bardzo mało. Ba, nawet nie znałam jego imienia! No i do tego wszystkiego właśnie ogląda mnie stojącą naprzeciw niego w samym ręczniku.
- A tak w ogóle to ja ty się nazywasz?
Chłopak w odpowiedzi na to uśmiechną się, zrobił znaczący ruch brwiami i powiedział:
- Nazywam się Kahn. Noel Kahn.
- Wooow. Długo się tego uczyłeś? - nie czekając długo, odpowiedziałam ironicznie.
- Ale czego? - w odpowiedzi na to pytanie chciałam odpowiedzieć ,,Tego szelmowskiego uśmiechu", ale ostatecznie nie chcąc mu zbytnio słodzić odpowiedziałam:
- No wiesz, tego sztucznego uśmieszku a la pożal się Boże Bond.
Widocznie nie ruszyła go moja riposta, gdyż na jego twarzy nie było widać ani cienia rumieńca, a szelmowski uśmieszek nie zniknął ani na chwilkę.
- Ciężko się nie uśmiechać, gdy vis a vis mnie stoi piękna dziewczyna, w dodatku w samym ręczniku. - Odpowiedział, przy czym zmierzył mnie od góry do dołu i ostatecznie zatrzymał wzrok na moim biuście. No i to wszystko obróciło się nie tak jak chciałam - to ja miałam go zawstydzić, a wyszło na to, że to moje policzki zapłonęły rumieńcem. Noel gapił się na mnie tak długo, że musiałam go uderzyć w ramię, by przestał.
- W takim razie ja idę ubrać się w piżamę, a ty już lepiej idź. Za dużo już się naoglądałeś. - powiedziałam, po czym dłonią zrobiłam ruch w stylu ,,No idź już sobie".
- Jaka szkoda. - rzekł, robiąc przy tym udawaną podkowę z ust. - No ale rzeczywiście muszę już lecieć, bo jeszcze ktoś mnie zauważy. Do zobaczenia! - pożegnał się, po czym pobiegł na palcach w stronę balustrady. Przeszedł przez nią, zeskoczył z balkonu, po czym wstał, otrzepał się i pobiegła dalej przed siebie. A ja uśmiechnęłam się pod nosem i w myślach powiedziałam ,,Trzymam cię za słowo". Odprowadziłam go wzrokiem, po czym wróciłam do domu, ubrałam się w koszulkę do spania oraz majtki i padłam na łóżko jak długa. Nie minęło nawet 5 minut, a ja już spałam twardo jak kamień. Morfeusz postanowił jednak zafundować mojemu umysłowi niezłe atrakcje.
We śnie ponownie przeniosłam się na koniec ulicy, na przeciwko starego domu. Była noc. Tak samo jak na jawie z zewnątrz budynek ten był potwornie zniszczony przez ogień. Postanowiłam sprawdzić, czy w środku owy dom jest taki sam jak w poprzednim śnie. Zostałam jednak niemile zaskoczona. Dom był wewnątrz tak samo zniszczony jak na zewnątrz. Kiedy weszłam  do salonu, zobaczyłam postać w czarnej szacie, z kapturem zarzuconym na głowę. Kucała ona przy ścianie przodem do mnie. Chcąc dowiedzieć się kto to był podeszłam bliżej i nachyliłam się, a kiedy chciałam zrzucić kaptur z głowy, człowiek w szacie zakrył twarz i z płaczem uciekł na zewnątrz. Niesiona chęcią pomocy tej osobie pobiegłam za nią w stronę wyjścia, a następnie wybiegłam na zewnątrz. Tam zatrzymałam się na chwilę, by rozejrzeć się, gdzie ta osoba się podziała. Kiedy dokładniej się przyjrzałam, zauważyłam, że usiadła pod drzewem w ogrodzie, kilka działek dalej. Nie chcąc jej spłoszyć podeszłam tam spokojnym krokiem. Kiedy już dotarłam w to miejsce, kucnęłam vis a vis postaci w czarnej pelerynie i tym razem bez żadnych przeszkód zdjęłam kaptur z jej głowy. Jak się okazało, była to ciemnoskóra dziewczyna, o długich, falowanych i czarnych włosach. Nie widziałam w ciemności zbyt wiele, ale tęczówki jej oczu zdawały się być czarne jak węgiel, tak że nie dało się dostrzec, gdzie jest tęczówka, a gdzie już źrenica. Jej twarz była mocno okaleczona. Od lewej brwi, przez nos, aż do środka prawego policzka ciągnęła się długa i ciemna, a zatem pewnie świeża, blizna. Kierowana ciekawością dotknęłam jej blizny. I wtedy cało się coś niebywałego. Pod wpływem mojego dotyku jej blizna z powrotem się zaczęła otwierać. Po chwili rozdarcie zaczęło przepoławiać skórę wzdłuż całego jej ciała: zaczęło się na lewej brwi, a skończyło się w okolicach krocza. I w tym momencie, z jej ciała, jakby z kombinezonu wyszedł ktoś inny. Był to Garret, ubrany w pomarańczowy, więzienny strój, a w jego reku znajdował się nóż. Zdawało się jakby to on rozdarł dalszą część ciała tej dziewczyny. Kiedy już otrzepał się z resztek wnętrzności tej dziewczyny spojrzał na mnie z wrogością wymalowaną na twarzy i podszedł do mnie. W mojej głowie ,,włączył się alarm", pod wpływem którego stwierdziłam, że pora stąd wiać. Wstałam najszybciej jak potrafiłam, obróciłam się na piecie i uciekałam jak najdalej stamtąd. Nie musiałam się obracać, by słyszeć, że Garret biegnie za mną. Ja jednak nie dawałam za wygraną i uciekałam. Kiedy jednak zauważyłam, że ja się męczę, a on jest coraz bliżej, postanowiłam, że bezpieczniej będzie po prostu go zgubić. Dlatego też najpierw zaczęłam wbiegać w wąskie uliczki, a kiedy jedna z nich okazała się być ślepa, postanowiłam uciekać przez działki. Jako dziecko przechodzenie przez płoty opanowałam do perfekcji, więc i teraz nie miałam z tym większego problemu. Ostatecznie jednak mój plan zgubienia owego pana nie powiódł się. A to wszystko dlatego, że biegnąc przez jedną z działek potknęłam się o wystający korzeń. Byłam już wtedy tak wyczerpana, że nie dałam rady podnieść się tak szybko jak wcześniej i Garret najzwyczajniej w świecie mnie dopadł. Od samego początku wydawało mi się, że on chce mnie zabić. Okazało się jednak, że on ma jeszcze gorsze zamiary. Kiedy ja się podniosłam i chciałam dalej uciekać, on ponownie obalił mnie na ziemię przy czym dość mocno uderzyłam się głową w ten wystający korzeń. Odrobinę mnie to oszołomiło, nie wiedziałam do końca co jest grane. Garret to wykorzystał a ja nawet nie zdążyłam się zorientować kiedy on ściągnął ze mnie spodnie. Kiedy zaczęło docierać do mnie co się dzieje, było już za późno. Z przerażenia chciałam zacząć krzyczeć, ten jednak zakleił moje usta taśmą. Ręce tak mocno przywiązał do tułowia, że nie byłam w stanie ani trochę nimi ruszyć. Nogami też nie mogłam się bronić, ponieważ najpierw przytrzymał  je jedną ręką, drugą rozpinając w tym czasie rozporek, a ułożył je w rozkroku i... wtedy się obudziłam się z krzykiem. Spojrzałam na siebie: koszulka przyklejała się do mojego spoconego ciała, a po policzkach spływały gorące łzy. Nie minęło nawet 10 sekund, a do mojego pokoju wbiegła mama. Podeszła do łóżka, usiadła obok mnie, a ja bez słowa przytuliłam się do niej i poczułam niesamowita ulgę, że to był tylko sen.

4 komentarze:

  1. No, no, no :p
    Rozdział świetny, naprawdę. Tylko ten Noel mimo wszystko jest podejrzany :D
    Z niecierpliwością czekam na next :*

    OdpowiedzUsuń
  2. piękne!magiczne! zapraszam do mnie http://house-of-writers.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Cudowne opowiadanie takie nietuzinkowe :)
    mój blog click

    OdpowiedzUsuń
  4. Czekam na następny :o ! <3 daje obs !

    OdpowiedzUsuń