Wychodząc z gabinetu instynktownie skierowałam się w stronę głównych drzwi wyjściowych. Znów mijałam te okropne, zgniłozielone korytarze, jednak tym razem nie przywiązywałam już do nich tak wielkiej uwagi. Kiedy już zatrzasnęłam za sobą drzwi komisariatu, przystanęłam na chwilę i w zamyśleniu przyglądałam się otoczeniu. Wcześniej nawet nie zauważyłam, że po drugiej stronie ulicy znajdowało się przedszkole. Przez kilka chwil przyglądałam się dzieciom beztrosko bawiącym się na przedszkolnym placu zabaw.
Kilku chłopców biegało wokół żelaznego labiryntu z rozłożonymi rękami, które miały zastąpić im skrzydła. Dziewczynki zaś głównie siedziały w drewnianej altance z krótkimi kijkami w dłoniach i wykonywały nimi powolne ruchy, tworzące jakiś bliżej nieokreślony wzór. Jak przypuszczałam, bawiły się w dobre wróżki i czekały aż woźnica przyjedzie po nie złotą karetą i zabierze do magicznego świata.
Przez wstąpienie odrobinę w świat dziecięcej wyobraźni sama na chwilę zanurzyłam się w swojej bajce. Byłam w niej kopciuszkiem, który przyjechał na skromny bal zorganizowany przez księcia. Do pewnego momentu wszystko wyglądało cudownie. Tylko ja i mój książę. Lecz nagle do naszej sali balowej wparował żartowniś pajac i wszystko zepsuł. Ja, niczym spłoszona sarna, uciekłam stamtąd i tak samo jak kopciuszek coś zgubiłam. Jednak nie był to tylko pantofelek. W gabinecie mego księcia zostawiłam swoje serce.
Nie mogłam już jednak dłużej myśleć o tym w tych bajecznych kategoriach.Trzeba nazwać rzecz po imieniu: najzwyczajniej w świecie się zakochałam. Trochę to bolało, bo miałam przeczucie, że zakochałam się w nieodpowiedniej osobie. Przez to po raz kolejny dorobiłam się mętliku w głowie. Nie pozostało mi wtedy nic innego, jak wrócić do domu i chociaż spróbować ułożyć to wszystko w jakąś konkretną całość. Po raz kolejny włożyłam słuchawki do uszu i ruszyłam przed siebie. Nie miałam nastroju do rozrywkowej muzyki, dlatego też od samego początku mej drogi do domu słuchałam wolnych kawałków.
Craig David - Walking away
Kiedy dotarłam już do domu rzuciłam torbę pod ścianę korytarza, ściągnęłam z nóg szpilki i z uczuciem ulgi wymalowanym na twarzy poszłam do kuchni. Tam na stole znalazłam kartkę z napisem ,,Wrócimy późno. Nie czekaj na nas. Obiad masz w lodówce." Zaciekawiona tym, co też dobrego mama zrobiła do jedzenia, pędem zajrzałam do lodówki i momentalnie poprawił mi się humor. Moje ukochane spaghetti. Wyciągnęłam talerz z makaronem i miskę z przygotowanym już sosem z lodówki, przełożyłam wszystko na jeden talerz i odgrzałam w kuchence mikrofalowej. Po chwili siedziałam już przy stole z odrobinę ubrudzoną, ale ucieszoną buzią. Zadziwiające jest to jak bardzo dobre jedzenie może poprawić komuś nastrój.
Pochłonięta jedzeniem nawet nie zauważyłam, że kawałek dalej na stole leży świeża gazeta. Odłożyłam talerz do zlewu i zabrałam się za jej czytanie. Ledwie ujrzałam nagłówek i już byłam pogrążona w wielkim szoku. Krzyczał on ,,Odnaleziono ciało Nicki Rose!". Ta wiadomość wbiła mnie w krzesło, bowiem była to dziewczyna, której nazwisko wspomniał Garret kiedy przetrzymywał mnie i Spencer w spalonym domu na końcu ulicy.
Pospiesznie pominęłam kilka stron, by znaleźć tę z najważniejszy artykułem. Głosił on dokładniej: ,,Wczoraj, około godziny 17.00 policjanci prowadzący śledztwo w sprawie zaginięcia niejakiej Nicki Rose, trafili na trop, który zaprowadził ich na koniec ulicy Bridgewater Terrace. Kawałek od dawnej posiadłości państwa Rose przeprowadzono ponowne poszukiwania. Nic tam nie znaleziono, jednak jeden z psów tropicieli zaprowadził policjantów nieco dalej, do pobliskiego lasu. W samym jego centrum znaleziono drzewo oznaczone znakiem krzyża, a w jego pobliżu, kilka metrów pod ziemią odkopano prowizoryczną, drewnianą trumnę. W środku znajdowało się ciało Nicki Rose, licealistki, która zaginęła w marcu tego roku. Redakcja pragnie złożyć rodzinie szczere kondolencje."
- Świetnie. - pomyślałam. - Jeżeli uznają Garreta za podejrzanego, to będą mnie ciągać po komisariatach. No po prostu cudownie. Odłożyłam gazetę i wyszłam z kuchni. Chciałam iść do swojego pokoju na piętrze, ale i tym razem coś przyciągnęła moją uwagę. Otóż za oknem zauważyłam przejeżdżający powoli przez naszą ulicę samochód policyjny. Kusiło mnie, żeby pójść za nimi, ale obawiałam się, że może mnie to wplątać w kolejne kłopoty, dlatego też ostatecznie wybrałam opcję siedzenia cicho w swoim pokoju.
Wbiegłam szybko po schodach i otworzyłam drzwi do mojego mini świata. Tak, przez te kilka dni zdążyłam już całkiem fajnie urządzić sobie pokój. Zostawione przez poprzednich właścicieli łóżko stało przy lewej ścianie, na skos od okna. Ciemnofioletowe pościele, które zabrałam ze sobą z Polski zaskakująco dobrze współgrały z brudno niebieskimi ścianami. Do tego mama dokupiła mi również ciemnofioletowe zasłony. Vis a vis łóżka stała szafa. Antyk w kolorze mahoniu naprawdę bardzo mi się podobał a co najważniejsze: było tam tyle miejsca, że śmiało mogło się tam zmieścić ze trzech kochanków. Po prawej stronie od szafy stało biurko w tym samym kolorze, również antyczne. Miało nawet wbudowany kałamarz! Postawiłam tylko na nim małą, również fioletową lampkę, a do ściany przykręciłam tablicę korkową. W rogu, przy oknie stała jeszcze mała czarna ława, na której położyłam swojego laptopa. Zamknęłam za sobą drzwi i otworzyłam laptopa. Jako, że nigdy go nie wyłączałam od razu wyświetlił mi się wybór użytkownika a następnie pulpit. Nie minęło nawet 5 kiedy usłyszałam dźwięk wiadomości z facebooka. To była Spence.
- Czytałaś najnowsze wydanie gazety?
- Taaa...- odpisałam.
- I? - spytała krótko.
- Nic specjalnego. Spłynęło to po mnie jak po kaczce. Jedynie co mnie przeraziła to perspektywa częstych wizyt na komisariacie.
- No właśnie. Strasznie się boję, co z tego wyjdzie...
- Spence, nie bój się, co ma być to będzie, musimy tylko czekać na dalsze wyniki śledztwa.
I nastała chwila ciszy. Po paru minutach Spencer znów się odezwała.
- Ale tak w sumie... To po co mamy czekać? Może pomożemy trochę policji i same coś wytropimy? Co ty na to?
- Ouu cóż za zmiana. Jeszcze niedawno mówiłaś, ze to niebezpieczne i że nie chcesz wąchać kwiatków od spodu.
- Oj czepiasz się. Dalej, wychodź z domu i nie marudź.
I rozmowa się skończyła, a po kilku minutach zielona kropeczka znajdująca się wcześniej obok jej nazwiska na czacie, zniknęła. Nie zdążyłam nawet porządnie odetchnąć, gdy usłyszałam dzwonek do drzwi. Zbiegłam pędem po schodach i otworzyłam drzwi spodziewając się, że to Spencer. A jednak się myliłam. To był Noel.
- Czego chcesz? - rzuciłam oschle.
- Jak to czego? Wybiegłaś z mojego gabinetu tak bez ostrzeżenia. Chciałem się dowiedzieć o co chodzi. - niechcący spojrzałam mu prosto w oczy. Malował się w nich strach, a po twarzy widać było także przejęcie. Nie miałam serca, żeby być okrutna i coś brzydkiego mu odpowiedzieć.
- Nie wiem. Po prostu coś mnie do tego pchnęło. Chyba to był wstyd. Albo strach. Sama nie wiem. - odpowiedziałam nie patrząc już jemu prosto w oczy tylko na własne stopy. On delikatnie ujął mnie za brodę i podniósł moją głowę tak, że nie było możliwości by znów nie spojrzeć mu w oczy. Niebezpiecznie się do mnie przybliżył, a nasze usta dzieliły już tylko centymetry, kiedy (dzięki Bogu) nagle ktoś zadzwonił do drzwi. Tym razem to na pewno musiała być Spencer.
I tak też było.
- No dalej, a ty jeszcze nie... - i zatkało dziewczynę. Najpierw wyraźnie było widać, że jest w wielkim szoku, ale zaraz potem rzuciła mi pytające spojrzenie.
- No co no, była odrobinę zajęta. A teraz przepraszam cię sierżancie Kahn, ale jestem umówiona. Nara. - i wypchnęłam go za drzwi.
- Ale! Ale! - protestował kiedy już wyrzuciłam go za drzwi.
- Żadnego ale. Idź już, pogadamy później.
- No dobra. - odparł zrezygnowany i ruszył w kierunku pobliskiego skrzyżowania.
Ubrałam szybko kurtkę, adidasy i wyszłam z domu razem ze Spencer. A ta, widząc że Noela nie ma już w zasięgu wzroku zaczęła swoje.
- Noel? Nara? Serio? - pytała krótko, ale treściwie.
- Jesteśmy tylko znajomymi. - odparłam naprędce.
- Taaa, a ja jestem Dalajlama. - powiedziała, po czym wymownie się do mnie uśmiechnęła. Patrząc na całą ta sytuację z perspektywy, nie mogłam się powstrzymać od uśmiechu. Na końcu, chcąc jednak jakoś ukryć to co łączyło mnie z Noelem odpowiedziałam: - Witam jaśnie wielmożnego pana DalajLAMĘ.
I tak śmiejąc się i żartując dotarłyśmy na sam koniec Bridgewater Terrace, przed dom ze snu.
Hejo hejo ;D
OdpowiedzUsuńCo nie co sie wyjaśniło z tym "zaginięciem" ale coś dalej nie potrafię tego wszystkiego pojąć, może będzie mi łatwiej jak wyjaśni się wszystko ;D
Czy aby na pewno są tylko znajomymi ? Hahaha ten moment chyba najbardziej mi się podobał ;D
Mam nadzieje, że dziś się zmotywowałam i napiszesz coś tak jak ja ;)
Pozdrawiam i życzę weny ;)
uuuuu, coraz bardziej mnie zaskakujesz :)
OdpowiedzUsuńNajbardziej mnie ciekawi jak rozwinie się znajomość z Noelem.. nie wiem czemu ale mam co do niego pewne obawy :D
Dużo weny i jak najszybciej pisz nowy odcinek :)
Noel Noel Noel!!! :P <3
OdpowiedzUsuń