- No kochanie, dosyć już tych przytulanek. Musisz spróbować znów zasnąć, bo jutro czeka cię ciężki dzień - powiedziała, po czym otuliła mnie kołdrą i podeszła w kierunku drzwi. - Dobranoc córeczko, śpij spokojnie.
- Jakby to było takie proste - pomyślałam.
Przez długi czas nie mogłam zasnąć. Rozmyślałam nad tym, co miał znaczyć ten sen. Jak już pewnie zauważyliście, moje sny lubią się sprawdzać. Na samą myśl o tym, że i ten się może sprawdzić, moje ciało przeszył dreszcz strachu. Kim jest ta dziewczyna? I jaki związek ma z nią Garret? Takie pytania tłukły mi się po głowie jeszcze przez dobrych kilkadziesiąt minut. Po długich przemyśleniach udało mi się w końcu zasnąć, jednak nie był to twardy sen. Wystarczyło, że mama uchyliła drzwi od mojego pokoju, a ja już siedziałam wyprostowana na łóżku, machając lekko nogami. Nie trzeba było wielu słów, by przekonać mnie do tego, że muszę zacząć się szykować. W końcu dziś jest 1 września. To ważny dla mnie dzień, mimo to ja jednak nie przejmowałam się nim zbytnio. Głowę nadal zaprzątał mi sen. Starałam się pozbyć tych myśli robiąc ruch jakbym odganiała natrętną muchę. Nic to jednak nie dało.
Podeszłam w końcu do o dziwo zapełnionej już szafy - najwyraźniej mama wyręczyła mnie w rozpakowywaniu, co dopiero zauważyłam. Wybrałam stamtąd białą, galową bluzkę z krótkim rękawem, krótką czarną spódniczkę i cieliste rajstopy. Zanim jednak je ubrałam poszłam na chwilę do łazienki, by ogarnąć nieład panujący na mojej głowie i twarzy. Kiedy już głowa była gotowa, wróciłam do pokoju, ubrałam się, spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy do małej torebeczki i poszłam do jadalni. Tam już na stole czekało na mnie ukochane owocowe musli przygotowane przez mamę. Kiedy rozkoszowałam się smakiem malin i borówek zawartych w mym królewskim śniadaniu, zadzwonił mój telefon. Wyświetlacz informował mnie, że właśnie dzwoni do mnie Spencer.
- Czego? - odezwałam się niekulturalnie do telefonu.
- Gotowa? Za chwilę mama odwozi mnie do szkoły, możemy ciebie zabrać.
- Dajcie mi jeszcze 3 minuty! - odparłam, po czym schowałam telefon do torebki, szybko dokończyłam śniadanie i sięgnęłam do szafki z butami po moje ulubione szpilki. Włożyłam je prędko na stopy i wybiegłam z domu, krzycząc do mamy, że wychodzę.
Na ulicy przed domem stał już nowiutki, biały mercedes, a za jego kierownicą siedziała pani Hastings.
- Dzień dobry! - powiedziałam do pani wchodząc do auta i siadając na tylnym siedzeniu obok Spenc.
- No nieźle, taką bryką to ja nawet mogę jechać do psychiatryka. - wyszeptałam jej na ucho, na co ona uśmiechając się położyła palec na usta, żebym mówiła takie rzeczy ciszej.
- No co! - obruszyłam się, jednocześnie hamując wybuch śmiechu.
Jak się dowiedziałam, do szkoły mamy kawał drogi, gdyż znajduje się ona na drugim końcu miasta. Wraz ze Spencer gadałyśmy jak najęte i nawet nie zauważyłam, że jej auto zwalnia i w końcu się zatrzymuje. Zdążyłam otworzyć drzwi, kiedy Spencer powiedziała:
- Ale dokąd ty się wybierasz?
- Noo do szkoły? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.
- Przecież my jesteśmy dopiero w połowie drogi. - rzekła do mnie, po czym zwróciła się do swojej mamy. - Dlaczego stanęłyśmy?
- Zobaczyłam twoją koleżankę idącą pieszo do szkoły, więc pomyślałam, że zatrzymam się i ją podrzucimy. Pomachałam do niej i teraz na nią czekamy. - odrzekła spokojnie pani Hastings. Dopiero po chwili zauważyłam biegnącą w naszą stronę blondynkę średniego wzrostu, której włosy sięgały aż do talii. Ubrana była w białe spodnie rurki, żółtą i zwiewną bluzkę bez rękawów i baleriny. Uśmiechnęła się do nas trochę sztucznie i jeszcze odrobinę przyspieszyła kroku.
- Dzień dobry, pani Hastings. - powiedziała po tworzeniu drzwi i usiadła na przednim fotelu pasażera.
- Witaj, Alison.
Dziewczyna na początku jakby w ogóle mnie nas nie zauważyła, kiedy jednak odwróciła się by zapiąć pas przywitała się mniej więcej w ten sposób:
- O, cześć dziewczyny, nie widziałam was. - powiedziała szybko i śmiało do nas obu, a po chwili zwróciła się bezpośrednio do mnie. - A my się znamy?
- Nie znamy się, jestem tutaj nowa. Małgosia. - powiedziałam podając jej rękę.
- Alison. - odparła, po czym delikatnie, ale tak jakby z odrazą uścisnęła moja dłoń. - Skąd jesteś? Bo sądząc po imieniu, to chyba nie z Ameryki.
- Jestem Polką.
- Oh, czyli torebki, samochody i sklepy strzeżcie się tak? - spytała ironicznie.
- A niby dlaczego? - spytałam lekko zbulwersowana.
- No wiesz, Polacy za granicą lubią kraść z tego co słyszałam. - odparła przeglądając się w lusterku.
Ja spojrzałam kątem oka na Spencer. Bezgłośnie, tylko i wyłącznie poruszając ustami powiedziała:
- To jest cała Ali, nie przejmuj się.
Po chwili jednak odparłam:
- Może i to prawda, ale lepszy jest Polak z lepkimi rączkami niż Amerykanin martwiący się o to by nie zostać pomylonym ze słoniem morskim.
I w tym momencie zostałam obrzucona dwoma spojrzeniami: jedno nieco zszokowane, drugie zadowolone.
- W końcu trafił się ktoś, kto potrafi mi należycie wygarnąć. Miło cię poznać. - powiedziała uśmiechając się szyderczo. Nie wiem czy taki banan już miała stale na twarzy, ale takie sprawiała wrażenie. Wydawało mi się, że jest to osoba, która lekceważy innych, lubi rządzić a w szkole sieje postrach. Ja jednak wiedziałam, że jej się nie dam. Może i jestem drobna i niepozorna, ale jak ktoś mi zajdzie za skórę, to jest biedny.
Po kilku minutach dojechałyśmy w końcu na szkolny parking. Pożegnałyśmy się z mamą Spencer i ruszyłyśmy w kierunku drzwi wejściowych prowadzących do piekielnych korytarzy Rosewood High School. Tak naprawdę to nie wiedziałam wtedy jeszcze czy są piekielne czy nie, po prostu takie zdanie wcześniej zasłyszałam od Spencer. Jak się okazało, w środku wcale nie było tak źle. W środku wszystko wyglądało jak w każdej przeciętnej amerykańskiej szkole: Podłoga wyłożona była szarymi kafelkami a ściany pomalowane na nieco już przybrudzony biały kolor. W holu głównym po obu stronach znajdowały się jasnobrązowe, metalowe szafki. Ja jeszcze swojej nie dostałam, ale lada chwila to miało się zmienić. Alison opuściła nas chwilę po wejściu do budynku, gdyż miała akurat lekcje gdzie indziej niż ja i Spencer. Bo nie wiem czy wiecie, ale w każdej amerykańskiej szkole każdy uczeń ma inny plan zajęć. I akurat tak się złożyło, że pierwszą lekcję miałam razem ze Spencer, o czym dowiedziałam się z planu, który wcześniej załatwiła mi jej mama. Poszłyśmy najpierw ze Spencer do sekretariatu, gdzie pani sekretarka dała mi kluczyk do mojej własnej szafki. Zaraz potem biegiem poleciałam do swojej szafki, gdyż jak się okazało, została nam raptem minuta do zajęć. Zostawiłam wszystkie pozostałe książki, a ze sobą wzięłam tylko podręcznik i zeszyt od hiszpańskiego, na który to właśnie podążałyśmy. Pędem wbiegłyśmy po schodach znajdujących się na końcu holu na I piętro, a potem znalazłyśmy klasę. Jak się okazało, byłyśmy już spóźnione i niestety do dyspozycji została nam tylko pierwsza ławka, w dodatku vis a vis nauczycielki.
Klasa jak klasa, nic specjalnego w niej nie było: 15 podwójnych ławek, tablica, szafa z różnymi hiszpańskimi gadżetami i oczywiście całe mnóstwo fiszek na ścianie. Sama nauczycielka wydawała się być w miarę sympatyczna. Miała może niewiele ponad 40 lat, ciemnie i proste włosy oraz brązowe oczy. Była dość krępej postury, ale widać było, że zna się na modzie, bo miała dobrze dobrane ubrania do swojej figury.
- Witam, nazywam się Ella Montgomery. - powiedziała na powitanie, a mi od razu zaświtało w głowie, że skądś znam to nazwisko.
- No tak! Przecież takie samo nazwisko ma Aria. Aria Montgomery. - pomyślałam. Od razu napisałam do Spencer karteczkę z zapytaniem, czy Aria i pani Montgomery to jakaś rodzina. A odpowiedź otrzymałam taką:
,,Tak, to jest mama Arii".
Po dłuższym przyjrzeniu się pani Montgomery stwierdziłam, że córka nie jest do niej zbyt podobna. Jedyne co miały wspólnego, to kolor włosów.
Najpierw tradycyjnie nauczycielka poruszyła sprawy czysto organizacyjne, dopiero po kilku minutach przeszliśmy do konkretów. Zdążyłam już kompletnie pogrążyć się w hiszpańszczyźnie, kiedy poczułam, że ktoś z tyłu stuka mnie palcem po plecach. Odwróciłam się i ujrzałam jakąś zupełnie mi nieznaną, rudowłosą dziewczynę. Wręczyła mi karteczkę pokazując palcem na chłopaka siedzącego z tyłu, na skos ode mnie. Nie zwróciłam na niego zbytniej uwagi, gdyż byłam bardzo ciekawa co jest napisane na karteczce. Tymczasem jej zawartość nieco mnie przeraziła. Na kartce widniał napis w krwisto czerwonym kolorze: ,,I see you and I know everything". Obejrzałam się za siebie, ale na skos ode mnie już nikt nie siedział. Nawet nie zdążyłam rozpoznać kim jest ta osoba, mogłam się tylko domyślać.
Czyżby perfidne A dopadło również biedną Gosie? :( Szkoda mi jej. Ali podła Spence mądra Aria fajna...hmm brakuje Hany i Emily xD :D SUper rozdział :D Czekam na więcej :D
OdpowiedzUsuńwww.dotyk-pior.blogspot.com
z zaciekawieniem czekam na dalszy ciąg :D
OdpowiedzUsuńWrr, poprzedni komentarz mi się usunął, nie chce mi się pisać drugi raz litanii więc się streszczam :D
OdpowiedzUsuńRozdział świetny, ale trochę boję się o Gosię. Oby sen się nie sprawdził.
Życzę dużo weny :*
Świetne opowiadanie ! ;*
OdpowiedzUsuńAle dlaczego często nie dodajesz rozdziałów ?
Bo czasem brak checi i weny na pisanie :P
Usuń