W czasie drogi powrotnej do domu miałam okazję po raz ostatni podziwiać swoje osiedle. Przyjrzałam się tym starszym i tym nowszym blokom, odremontowanym placom zabaw oraz starym trzepakom na których spędziłam znaczną część swojego dzieciństwa. Postanowiłam, że ostatni raz pobujam się na jednym z nich. Z tym miejscem wiązało się zaskakująco dużo wspomnień: pierwsze zdarte kolano, pierwsza zawarta przyjaźń, pierwszy pocałunek. Pamiętam to tak dobrze, jakby to działo się wczoraj. Miałam może jakieś i już wtedy kręcił się koło mnie mały adorator o imieniu Maciek. Miał 6 lat i był ewidentnie mną zauroczony. Pewnego razu, kiedy siedziałam na trzepaku z koleżankami, podszedł do mnie ze świeżo zerwaną stokrotką w ręku i poprosił bym zeszła z trzepaka. Kiedy już to zrobiłam podszedł bliżej i dał mi kwiatka, a chwilę później szybkiego, krótkiego buziaka w usta i uciekł. I na tym się skończyło - nie tylko z nim, ale już w ogóle. Od tamtego czasu nikt mnie nie pocałował. Chyba ten Maciek zaraził mnie jakąś klątwą, czy coś. Siedziałam tak jeszcze chwilę na trzepaku i nie mogłam się nadziwić jak szybko zleciało te 8 lat. Wtedy byłam małym, 8-letnim dzieckiem, a dziś siedzę tutaj, w tym samym miejscu jako 16-letnia pannica i zastanawiam się co może się wydarzyć tam, w Ameryce, w moim nowym życiu. I nagle znowu odezwał się mój telefon. Odebrałam bez słowa i usłyszałam:
- Wracaj do domu. Natychmiast. - Tym razem dzwonił mój tato. Słychać było, że usiłował zebrać się na poważny ton, ale w kontaktach ze mną mu to nie wychodziło.
- Dobrze, panie milicjancie. - Powiedziałam żartobliwie, po czym rozłączyłam się, zeszłam z trzepaka i ruszyłam w kierunku domu.
Szłam tak nucąc pod nosem ,,I Cought Myself" od Paramore i zastanawiając się co jeszcze muszę spakować. Nie minęło 10 minut, a ja już znajdowałam się przed klatką mojego bloku. Wbiegłam szybko po schodach na 3 piętro, po czym ciężko dysząc powiedziałam do siebie:
- ,,Oj Gośka, Gośka. Chyba w tej Ameryce będziesz musiała popracować nad swoją kondycją, bo ledwie 2,5 piętra przebiegłaś, a dyszysz jak żyd uciekający przed gestapo."
Wyciągnęłam już klucze z kieszeni, kiedy to ktoś od środka mnie uprzedził i otworzył mi drzwi. Tym ktosiem była mama.
-Skąd wiedziałaś, że stoję przed drzwiami? - spytałam.
- Biegasz po tych schodach jak słoń, nie sposób było tego nie usłyszeć. - powiedziała po czym zaśmiała się pod nosem.
- Dzięki. - odparłam, po czym rzuciłam klucze do szuflady w korytarzu i poszłam do swojego pokoju. Panował w nim totalny bałagan, z resztą jak w całym mieszkaniu. Wszędzie było pełno kartonów, porozrzucanych rzeczy i różnych dupereli, które trzeba było wyrzucić na złom. Mając gdzieś to co pomyślą rodzice, włączyłam wierzę stereo i podkręciłam muzę na ful, a potem zabrałam się za robotę. Postanowiłam zrobić porządek w pamiątkach, bo przecież tego jest od cholery, a wszystkiego nie mogłam zabrać. I tak już rodzice będą dużo płacić za nadbagaż.
Przetrzepałam całe pudełko z pamiątkami i połowę z nich przeznaczyłam już na złom, na końcu jednak trafiłam na coś wyjątkowego. Tym czymś było zdjęcie. Byłam na nim kilkumiesięczna ja i dwoje dorosłych ludzi. Ludzi, którzy na dobre wykreślili mnie ze swojego życia. To byli moi biologiczni rodzice. Oddali mnie do Okna Życia kiedy miałam pół roku, zostawiając mnie w nosidełku razem z moim ulubionym misiem i tym zdjęciem, na odwrocie którego było napisane moje nazwisko i data urodzenia: Małgorzata Wika, 7.10.1997. W sumie, to nie powinnam nazywać ich rodzicami. To są tylko ludzie, którzy mnie spłodzili i dali mi swoje nazwisko. Z wychowaniem nie mieli praktycznie nic wspólnego. Z tego co mi ci właściwi rodzice opowiadali, do okienka trafiłam dokładnie dnia 11.04.1998. Jako, że byli stałymi bywalcami u zakonnic, które prowadziły to miejsce, od razu zostali poinformowani o tym, że znalazło się dziecko, które mogą przygarnąć do siebie. I w ten sposób już 12.04 zamieszkałam w naszym domu na Mostowej. I tak żyłam tutaj spokojnie, bez większych fajerwerków przez kolejnych 16 lat, aż do dziś. Nadszedł taki czas, że musimy całą rodziną musimy się stąd wynieść za granicę, ponieważ tato dostał awans. Jego firma otwiera swoją siedzibę w Rosewood w stanie Pensylwania, a tato ma być dyrektorem oddziału i tam też najprawdopodobniej spędzimy resztę naszego życia.
Patrzyłam jeszcze chwilę na to zdjęcie, po czym włożyłam je do walizki. Dalsze pakowanie odbywało się już bez większych niespodzianek. Usiłowałam spakować swoje całe dotychczasowe życie w trzy walizki, co niestety skończyło się tym, że musiałam po nich skakać, by móc je dopiąć. Po około 3 godzinach bieganiny wszyscy byliśmy już spakowani. Nie pozostało nam nic jak obmyć się i kłaść się do łóżek póki zostało nam jeszcze kilka godzin do odjazdu. Tak też zrobiliśmy. Kiedy tylko położyłam się do łóżka, zaczął mnie męczyć smutek. Dobrze mi było tutaj i nie chciałam za bardzo stad wyjeżdżać, ale nie miałam innego wyjścia, bo nie miałam tutaj żadnej innej rodziny, poza rodzicami. Zmęczona całym tym szalonym dniem po kilku minutach znalazłam się w objęciach Morfeusza.
Spałam tak twardo, że nawet nie usłyszałam, kiedy zadzwonił budzik. Obudziłam się dopiero wtedy, kiedy mama wbiegła do mojego pokoju, szturchnęła mnie za ramie i powiedziała, że za pół godziny przyjedzie po nas taksówka. Kiedy to usłyszałam wyleciałam z łóżka jak z procy. Szybko pobiegłam do łazienki, by choć trochę doprowadzić swój wygląd do ładu i wyglądać w czasie podróży jak człowiek. Wzięłam krótki i zimny prysznic na rozbudzenie, starając się jednocześnie za bardzo nie moczyć przy tym swoich blond piórek na głowie. Chwilę później stamtąd wyszłam i popędziłam do pokoju, by tam wciągnąć na siebie uszykowane ciuchy, tzn. ciemne jeansy, czarną bluzkę na ramiączkach, a na to granatowy sweterek w czarne kropki. Potem na szybko zabrałam się za makijaż.
Zdążyłam odłożyć kosmetyki do torebki i usłyszałam klakson samochodu na zewnątrz. Wyjrzałam przez okno, a tam przed klatką stała już taksówka. Dosłownie w biegu włożyłam na siebie kurtkę i buty, po czym znosiłam po kolei wszystkie swoje bagaże z 3-ego piętra na sam dół. Była to kolejna czynność, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że muszę popracować nad swoja sprawnością fizyczną. Po chwili wszystkie nasze walizki z trudem zostały załadowane do samochodu, a my poszliśmy spojrzeć po raz ostatni na nasze mieszkanie. Ostatni raz zajrzałam do swojego pokoju, w którym spędziłam znaczną część życia. Kiedy tato zamykał drzwi od naszego mieszkania było mi trochę smutno, że musimy to wszystko zostawić, było nam tutaj dobrze.
Nadszedł w końcu czas, by zamknąć za sobą ten rozdział życia. Może następny jego rozdział będzie lepszy? Kto wie?
Przepraszam Słońce za zwłokę z komentarzem :(
OdpowiedzUsuńNic konstruktywnego nie wymyślę, ale wiedz, że notka jak zwykle świetna i nie mogę się doczekać dalszej części. Szkoda dziewczyny, że musi całe dotychczasowe życie zamknąć, ale może to i dobrze. Czasem fajnie jest potrafić zamknąć za sobą pewien rozdział życia, nawet jeśli jest on świetny. Mam nadzieję, że zmiana przyniesie ze sobą wiele dobrego, a nawet kilka zawirowań :)
Trzymam kciuki i mam nadzieję, że długo wytrwasz :D
Czytając prolog myślałam, że ona wróci do tego miejsca, a teraz proszę. Wyprowadzka. :P Podoba mi się to, że wygląd postaci opisujesz w tekście. Brak żadnych zdjęć. :D Ale to dobrze, bo szczerze, czasem wolę wykreować sobie idealną bohaterkę z opisu, niż widzieć jej zdjecie i wiesz... nie przypada mi do gustu XD
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo szybko się czeka, ciekawi mnie co będzie dalej. :P